Wreszcie obejrzane. Film świetny, ale oczywiście do książki mu nadal daleko.
Irytowały mnie przede wszystkim niektóre trudne do wytłumaczenia niezgodności z oryginałem - nieprzynoszące żadnych oszczędności czasu ani niewnoszące za dużo do samego filmu (takie jak np. dyndanie Moista z Adorą na wieży sekarowej, albo to, że skacząc z okna na początku nie skręcił nogi - kogo by bolało, gdyby to zostawili ?)... Ale już nie mogę im podarować kilku pomysłów kompletnie od czapy - Angua zmieniająca się przy ludziach ? Golemy z emocjami w głosie ? Moist krzyczący na ludzi i ich bijący ? Pratchetta tam nie było żeby ich trochę naprostował ?
A co do obsady - wszyscy genialni (Moist, Adora, mała rólka Angui, pocztowcy, Gilt), poza trójką kompletnie niedopasowaną (Vetinari... Ech... Do tego Drumknott - kto mu kazał wyglądać tak cwanie ? Moist mu ołówki kradł, kurtka olek ! No i Ridcully zupełnie nieridcully'owaty).
Ja jeszcze w sprawie Avatara... Czy tylko ja miałem takie wrażenie, że polskie napisy były półprzezroczyste, migały, i w ogóle strasznie nieprzyjemnie się je czytało ? Strasznie mnie to drażniło (byłem w IMAXie, może tak samo jest przy 'normalnych' projekcjach 3D?) . Napisy po angielsku wtopione w film wyglądały normalnie.
Co by im poszło znacznie łatwiej, gdyby nie płacili 'normalnego' ubezpieczenia zdrowotnego.
Rozumiem, że przez 'normalne', masz na myśli polski system zdrowia? W każdym razie, jest to pewien problem, bo jednak czuję, że system publicznych ubezpieczeń zdrowotnych może się sprawdzać i działać naprawdę dobrze (patrz Wielka Brytania, czy inne kraje zachodniej Europy). Natomiast tylko prywatne ubezpieczenia wykluczają z pomocy osoby biedne, co już nie jest fajne, dlatego też jest to bardzo ciężki temat i trudno znaleźć złoty środek.
W Wielkiej Brytanii się dłużej czeka na dentystę niż u nas. Ubezpieczenia państwowe są poronionym pomysłem z zasady - większość pieniędzy ulega zmarnowaniu albo idzie nie tam gdzie potrzeba. A co do wykluczania osób biednych - czy teraz mają szansę na cokolwiek oprócz zabiegów ratujących życie albo jakiejś doraźnej pomocy lekarskiej ? Wiadomo jak w tej chwili służba zdrowia jest fikcyjnie darmowa.
settler napisał/a:
hamlet napisał/a:
Słusznie ! Ja też się domagam, żeby mi zjarali samochód jak we Francji. W końcu trzeba podążać za najlepszymi trendami europejskimi.
Ale o co ci chodzi, bo się zastanawiamy w kilka osób i nie rozumiemy co ma piernik do wiatraka.
Chodzi mi o źle pojęte poszanowanie praw mniejszości, jednego z fundamentów demokracji. O politykę ustępstw, która prowadzi do tego, że w szkołach Francji zakazane jest noszenie krzyży NA SZYJACH a noszenie burek dozwolone. Zbytnia poprawność polityczna bardziej szkodzi niż pomaga i doprowadza do takich sytuacji, że kościoły (w sensie architektonicznym) chrześcijańskie są niszczone przez głaskaną przez państwo młodzież muzułmańską a próby nagłaśniana tych spraw torpedowane. Bo mniejszość.
Jeśli większość ludzi chce tych krzyży - to niech wiszą, bo w żaden sposób nie ograniczają one praw mniejszości. (@up - dokładnie)
Zabieg ten w ewidentny sposób nie ratuje życia (ale za to je tworzy)
Jak jestem przeziębiony, albo mam grypę to lekarz też nie ratuje mi życia i mam to za darmo, więc to nie jest argument. Jak złamię nogę i mi ją wsadzą w gips, to też nie jest ratowanie życia, itd. Więc to żaden argument.
Do tego takie podejście niejako tworzy sytuację taką, że jak ktoś jest bogaty to może mieć dziecko, jak biedny to nie. Niezbyt to uczciwe społecznie.
A kładąc już tematy religijne i moralne na bok, to państwu akurat powinno zależeć, żeby rodziły się dzieci, nie mówiąc o tym, że państwo jest dla ludzi, a rodzina to coś najważniejszego, co każdy by chciał mieć.
Akurat ciężkie przeziębienie czy grypa MOGĄ skończyć się gorzej. Dlatego na antybiotyki czy inne 'mocne' leki jest dofinansowanie przez państwo, a witaminę C oraz herbatkę z cytryną każdy funduje sobie we własnym zakresie - tylko wizytę u lekarza ma się 'za darmo'. Złamanie nogi wiąże się z przywróceniem ciała do stanu normalnego. A zabieg in vitro może poprawić jedynie komfort psychiczny (co z kolei prowadzi do kuriozalnego wniosku, że psycholog mógłby go przepisywać w szczególnych wypadkach - głupota).
Co do drugiego akapitu - co to jest uczciwość społeczna ? I czym się różni od uczciwości ? Tym, że sto babć nie będzie mogło chodzić, bo nikt im nie zoperuje biodra, gdyż jakaś biedna para chciała mieć dziecko ? Sto kulawych babć za jedno dziecko - wbrew pozorom ciężki do oceny przelicznik, a trzeba by było opracować coś takiego (w magiczny sposób nie zwiększy się liczba pieniędzy w puli NFZtu - chyba żeby podnieść podatki, wtedy zapłacą wszyscy, byłoby wreszcie 'sprawiedliwie'). A tak ? Niestety, części osób nie będzie stać na zabieg in vitro. Albo zaczną kombinować jak na niego zarobić. Co by im poszło znacznie łatwiej, gdyby nie płacili 'normalnego' ubezpieczenia zdrowotnego.
I na koniec - istnieje też instytucja adopcji, nie wspominając też o kontrowersyjnych z punktu widzenia prawa surogatkach.
Uboot napisał/a:
Ja tylko proszę o uczciwy rozdział wiary od państwa. Na cholerę łączyć te dwie rzeczy?
Słusznie ! Ja też się domagam, żeby mi zjarali samochód jak we Francji. W końcu trzeba podążać za najlepszymi trendami europejskimi.
Dlaczego małżeństwo starające się od nastu lat o dziecko, nie mogłoby skorzystać z możliwości zapłodnienia in vitro. Muszą to robić nielegalnie, albo w wielkiej tajemnicy. Dlaczego nie mamy jeszcze ustawy z prawdziwego zdarzenia o zapłodnieniu in vitro. Bo posłowie boją się hierarchów kościelnych. Bo jakiś biskup potępi tę czy inną partię i parę procent głosów w wyborach przepadnie.
Dwie sprawy. Po pierwsze - o ile w większości tematów jestem tak konserwatywny jak hierarchowie, to uporu Kościoła w sprawie in vitro absolutnie nie rozumiem. Kretyńskie strzelanie sobie w nogę. Dla mnie nie kłóci się z żadnymi dogmatami (selekcja zarodków to nie aborcja), a daje potomstwo ludziom, którzy w inny sposób nigdy nie mogliby go mieć.
A sprawa druga - wydaje mi się, że rozdmuchiwana w mediach sprawa in vitro tak naprawdę dotyczy czegoś innego. Nie tego, czy ta metoda powinna być zakazana (o tym w ogóle nie ma mowy) tylko czy miałaby być finansowana z budżetu państwa (IMHO nie powinna). I teraz jest problem, bo w końcu na 'bezpłatną' służbę zdrowia płacą wszyscy i trzeba określać co w jej ramach będzie faktycznie wykonywane 'za darmo'. Zabieg ten w ewidentny sposób nie ratuje życia (ale za to je tworzy), niewątpliwie wpływa jednak na komfort psychiczny przyszłych (niedoszłych) rodziców. Ten problem zlikwidowałyby prywatne ubezpieczenia zdrowotne (ZAMIAST, nie OBOK państwowych) i jeśli byłaby ku temu wola chętni(/e) mogliby rodzić dzieci jak Nadya Suleiman w stanach. O.
Coś wspaniałego - oglądając to człowiek czuje się jakby oglądał odcinek anime sprzed lat. Stroje, efekty... Wszystko zrobione jest kapitalnie, jeszcze nie widziałem tak dobrej ekranizacji. Oczywiście nadal jest przeraźliwie głupie i odpustowe - czyli nawet to zostało zachowane. Polecam.
To może i ja o tym gdzie udało mi się być w letnie miesiące... Stricte wakacje to to nie były, ale w weekendy sobie pozwiedzałem Więc...
Genewa (i okolice)
Miasto jest kosmicznie kosmopolityczne. Spotkać tam Szwajcara to jak trafić szóstkę w totku. Nie wiem jak jest w wielkich metropoliach typu Londyn czy Nowy Jork, ale po raz pierwszy byłem w mieście w którym można było spotkać aż tak kontrastowych ludzi... I zegarki oczywiście. Jest całkiem sporo ciekawych muzeów do zwiedzania (muzeo-siedziba ONZ, muzeum reformacji, muzeum Czerwonego Krzyża - mające formułę podobną do Muzeum Powstania Warszawskiego ale moim zdaniem dużo biedniejszą), piękna starówka (podobna do Warszawskiej tylko bardziej 'stroma') no i Jezioro Genewskie. Samo centrum Genewy śliczne nie jest. Ach, jest oczywiście też muzeum zegarków, ale tam już nie udało się dotrzeć.
Ciekawostką może być fakt, że w języku niemieckim w Genewie nie dogada się człowiek z nikim poza Niemcami i Austriakami, którzy mogą się trafić w tyglu. Co ciekawe, w sklepie spożywczym czy kiosku problem może być również z angielskim - mieszkający tam 'rdzenni' przejawiają niestety najbardziej typowy objaw choroby francuziej, czyli niechęć do nauki i posługiwania się innym językiem niż francuski.
Bardzo prosto da się wytłumaczyć ile co kosztuje w Genewie. Należy wziąć średnią cenę z Polski i voila. Tylko że nie w złotówkach tylko we frankach szwajcarskich. Przed wyjazdem czytałem, że Genewa znajduje się w czołówce najdroższych miast świata i, cóż - sprawdziłem na własnej skórze, że jest to prawda.
Dużym plusem Genewy jest jej położenie - szybciutko można przeteleportować się do położonych nad jeziorem 'średniowiecznych' miasteczek takich jak Yvoire czy Nyon (ten ostatni polecam, na zdjęciu powyżej), gdzie można dopłynąć dość tanio stateczkiem albo też kawałek dalej (to już samochodem albo autokarem) do Chamonix a tam... Mont Blanc. Koniecznie należy wysupłać ostatnie eurosy i wjechać najwyżej jak się da. Chwilę pogadać z Kordianem, a potem boleśnie uświadomić sobie, że wyprzedzanie na schodkach grupy emerytowanych Japończyków nie jest najlepszym pomysłem na czterech tysiącach metrów. Długo się oddech łapie ;D Ale warto. Przynajmniej jak jest ładna pogoda.
Można też wsiąść w TGV i w 3h dojechać do Paryża jak ktoś ma ochotę.
A z innych atrakcji - trzeba wpaść na chwilę do Lozanny (według mnie ładniejsze miasto niż Genewa), Montreaux (egzotyczne rośliny rosnące wzdłuż brzegu Jeziora Genewskiego pozwalają się poczuć jak na lazurowym wybrzeżu... No i ten pomnik Freddiego !)
Można tez pojechać kawałek dalej do Gruyere zwiedzić fabrykę serów (ze świetnym multimedialnym muzeum - można dotykać, wąchać [ryzykowne !], kosztować... jedno z lepszych muzeów w których byłem !) fabrykę czekolady (z obowiązkowym postojem na dziale "Żryjcie Ile Chcecie" (uwaga - wstęp do fabryki jest BEZPŁATNY; pragnę ostudzić trochę zapał: czekolady nie da się zjeść tak dużo jak by się wydawało Ale sklepik przy wyjściu i tak kusi; przy okazji - faktycznie nie znalazłem nigdzie tańszej czekolady niż tam) i muzeum Gigera (tego pana od designu Obcego). Puf, dużo tego
Nie polecam natomiast wycieczek do CERNu, chyba że w planach jest wejście do tunelu LHC i wycieczka po gargantuicznych detektorach (teraz niestety jak na złość zaczęła maszyna działać, więc będzie trudno ). Bo tak poza tym to nic ciekawego - wygląda jak doki Cieszy natomiast to, że mieszkańcy 'zachodu' albo tak bardzo zgłupli albo tak mało ich wybiera studia ścisłe, że coraz chętniej sięgają tam po studentów/doktorantów z Polski i mamy tam bardzo dobrą opinię. Tak dla odmiany :p
Ta mało imponująca butla z wodorem powyżej to sam początek LHC, stąd bierzemy wszystkie protony do rozpędzania... Tak niepozornie wygląda
A z moich osobistych sukcesów... Udało mi się dobić leżącego Dana Browna wjechaniem do CERNu samochodem na ten oto kawałek sera zamiast karty dostępu Komu potrzebne czyjeś wydłubane oko, gdy pod ręką ma nabiał...
I jeszcze jedna rada: gdyby jednak ktoś przypadkiem się do Genewy wybierał albo był w zasięgu jednego dnia jazdy to powinien zaplanować wycieczkę tak, żeby trafić na koniec dni genewskich w sierpniu. Organizują wtedy najlepszy pokaz sztucznych ogni na świecie - przez półtorej godziny (!!!) fajerwerki nie milkną na chwilę dłuższą niż potrzeba do zmiany lecącej w tle piosenki. Naprawdę piorunujące przeżycie, ale po pierwszych 60 minutach szyja zaczyna boleć. Gospodarz mówił, że co roku jakość pokazu jest podobna, więc mozna walić w ciemno.
Chyba będę musiał przeczytać SN jeszcze raz, tym razem w rodzimym języku, bo mi się zdecydowanie bardziej Ł! podoba... Ale cóż, mi się podobał też PR, więc może po prostu tak mam
Liczę na fioletowy albo złoty grzbiet w Świecie Finansjery Żeby tylko mopsa nie wycięli i Vetinariego na monecie nie przykryli...
W Łupsie Vimesowi idzie jak po maśle; jest diukiem, więc właściwie wszystkie drzwi stoją przed nim otworem. Mam wrażenie, że Vimes coraz bardziej przypomina Marchewę - świetny mąż, świetny ojciec, świetny glina. Zawsze gra fair, trzyma uczucia na wodzy, a wszyscy gliniarze go słuchają i szanują. (...) Jaka szkoda, że przez to wszystko robi się taki nudny.
Nie wiem, na ile to było zamierzone, ale zdaje mi się, że Vimes sobie na to zasłużył Bądź co bądź to już n-ta książka o Straży i w sumie możemy mieć do czynienia z 'Vimesem Ostatecznym' - trochę się zmienił od "S!S!" (dogadanie się z DeTerminarzem to kolejna przesłanka, Vimes to nie niezmienny Rincewind) i stał się końcowym ogniwem łańcucha ewolucji. Szczególnie, że przynajmniej na razie nie jest zapowiedziana żadna książka z jego udziałem - nie chciałbym siać defetyzmu, ale według mnie "Łups!" nieźle by się nadawał na zakończenie cyklu strażowego.
Agata_G napisał/a:
Nie podoba mi się też koleżeństwo [bo "przyjaźń" to jeszcze za duże słowo] Angui i Sally - za łatwo im to przyszło. Pracz zaprzepaścił tu świetną okazję na pokazanie kobiecej rywalizacji. To mogłoby być takie ciekawe...
Spoiler:
Tutaj podejrzewam, że spory wpływ mógł mieć fakt, że Sally była szpiegiem, a konfrontacja z Anguą mogła jej przeszkodzić w obowiązkach. Dopiero teraz mogłoby się coś dalej ciekawie potoczyć - czyli jednak furtka otwarta, mniej Vimesa, więcej Marchewy i Angui (i Sally )
O rajuśku, i nawet zostawili Summoning Dark między rozdziałami... Spodziewałem się, że wcisną tam słonie albo w ogóle wytną wszystko. Miła niespodzianka.