Para w ruch – recenzja

paraWRuch150x220Świat Dysku jaki znamy zatoczył krąg. Przez czterdzieści tomów cyklu przebyliśmy na grzbiecie żółwia naprawdę długą drogę, ale czytając „Parę w ruch” poczułem się trochę jakbym wrócił do punktu wyjścia: do pierwszych dwóch książek z naprawdę prostą historią. Prostą jak tory, po których porusza się Żelazna Belka, Moist i reszta ekipy. Świat poszedł do przodu, ale Terry Pratchett serwuje nam nieskomplikowaną opowieść o nowej magii, o człowieku, który nie chce ale musi i o tych, którzy chcą mu przeszkodzić. W roli magii występuje silnik parowy, tłoki, hałas i wiadra smaru, ale nie dajcie się oszukać – „Para w ruch” to czterdziesta powieść tylko pod względem numeracji.

Industrialna rewolucja na Dysku nieśmiało unosiła swój łeb już wcześniej, a to w formie sekarów, prasy drukarskiej czy systemu finansowego. Subtelności się jednak skończyły i tym razem czeka nas prawdziwa eksplozja. Upodabniając coraz bardziej Dysk do Globu, Pratchett uczynił główną bohaterką… lokomotywę. Zamieszał w głowach nie tylko nam – przyzwyczajonym do niekonwencjonalnego, ale mimo wszystko dość klasycznego fantasy – lecz również bohaterom książek znanym z cyklu. Na dobrą sprawę tylko Moist pozostał takim Moistem, jakiego znamy. Popychany przez Vetinariego metaforycznym płazem sztyletu po raz kolejny staje się człowiekiem z misją. Może trochę bardziej idealistą z lekką posypką dawnego trybu życia, ale nadal sobą – dzięki temu wiemy kim jest. Niestety nie można już tego powiedzieć o przewijających się w tle znanych i lubianych bohaterach. Patrycjusz Vetinari? Naprawdę chciałbym wierzyć że Pratchett trzyma prawdziwego Vetinariego na czarną godzinę gdzieś w czeluściach twardego dysku komputera, bo ten z „Pary w ruch” to jakaś marna, okazująca emocje i prostolinijna imitacja tyrana. Jeśli miło wspominacie starego dobrego Sama Vimesa, to niestety również przynoszę Wam złe wieści: prosty glina mimo woli nagle staje się kimś więcej i chyba nawet jemu nie do końca przypada do gustu rola, w której obsadził go autor. Na kilku kartach pojawia się też mnóstwo starych znajomych z poprzednich powieści, co daje wrażenie raczej pożegnania z czytelnikiem, niż próbę wzbudzenia na widok dawnych kumpli tego ciepłego uczucia w środku. Na nieszczęście nowe postacie są dość bezbarwne i nie zapadają w pamięć. Dick Simnel jako wynalazca lokomotywy parowej powinien być kimś więcej niż wypłuczką po Stanleyu i Jeremym Clocksonie. Owszem, jest prawdziwym specjalistą i czuć bijącą od niego pasję, ale widzieliśmy to już wcześniej i to wiele razy…

Raising-Steam-Paperback-UKTa płaskość i „inność” bohaterów w połączeniu z prostą jak horyzont na Równinach Sto historią obrazuje nam powolny zmierzch znanego wszystkim Świata Dysku. Nikt nie mówi wprost, że tą powieścią Terry Pratchett żegna się z cyklem (i z nami), jednak konstrukcja opowieści może już podsuwać pewne wskazówki. Nie chciałbym oczywiście wykazywać postawy fana roszczeniowego, bo nie czas i okoliczności na takie posunięcia, ale marzy mi się już ostatnia część cyklu z prawdziwym przytupem i olbrzymim efektem WOW! Po prostu taka, która rozpaliłaby na nowo płomień dyskomaniaka. Niestety „Para w ruch” jest bardzo odległa od tych wyobrażeń. Brak tu przesłania tak sprytnie chowanego wcześniej między akapitami, brak też naszej ulubionej zabawy słowem. Właśnie dlatego uważam, że Świat Dysku wrócił konstrukcyjnie do tych pierwszych, prostych historii. Tylko magia się zmieniła…

Daniel „Krejt” Zalweski

PwRnadol

Comments are closed.